Co z mamą?

Zabrałam telefon

– Chyba zabiorę mamy telefon do domu, jak pani myśli? – radziłam się pielęgniarki, jakbym chciała usłyszeć, że nie, jeszcze za wcześnie, albo właśnie tak, proszę zabrać, mama już nie potrafi go używać. Potrzebowałam potwierdzenia, choć wiem przecież, co powinnam zrobić.

Ten mamy telefon – jakby nierozerwalnie z nią związany – był dla mnie wyznacznikiem jej sprawności. Bezlitośnie obnażał utratę kolejnych umiejętności. Długo był dla mamy najważniejszym przedmiotem. Wydzwaniała wszędzie i często. Do mnie, do Alana, do koleżanek, do swojego brata. Jeszcze na początku choroby właściwie wciąż tę komórkę ładowała, jakby bojąc się, że się wyładuje i nie będzie wiedziała, jak ją uruchomić. A prosić o pomoc nie lubiła, już nawet kiedy było to konieczne. Dzięki komórce wiedziała, która jest godzina – czy jest pora obiadu, kolacji, czy może czas już iść do pielęgniarek po wieczorną porcję lekarstw. Ale umiała się zorientować tylko, kiedy zegar pokazywał daną godzinę, np. 13. Jeśli była 12 – wiedziała, że to nie jest godzina obiadu. I tylko tyle. Sprawdzała więc niemal co chwila. Aby sprawdzić godzinę, musiała podświetlić ekran. Z czasem zapomniała, jak to się robi. Mówiła, że komórka jest czarna, nic nie ma. I tak przestała zupełnie kontrolować czas. Potem utraciła umiejętność korzystania z listy kontaktów w komórce, nie potrafiła wyszukać potrzebnego numeru telefonu, dzwoniła więc do nas wyciskając numery zapisane w zeszycie. Często się myliła i łączyła z obcymi ludźmi. Nie rozumiała dlaczego. Nie rozumiała też automatycznej sekretarki – myślała, że to osoba, która łączy z rozmówcą, dyskutowała więc z nią i domagała się połączenia. Ten etap był nawet zabawny, bo kiedy w końcu się dodzwoniła do mnie lub do brata, strasznie psioczyła na tego pana, który nie chciał jej połączyć, mówił dziwne rzeczy w jakimś obcym języku, albo kazał jej zadzwonić później, a ona przecież nie chce później, tylko teraz i co on sobie myśli, że tak innym rozkazuje zamiast robić co do niego należy.

Telefon był nitką, która nas łączyła, mocną, wydawało się, że nierozerwalną. Ten kontakt dawał poczucie bezpieczeństwa, najpierw długo mamie, potem już tylko mnie. Ostatnie dwa, a nawet trzy miesiące był to już raczej złudny kontakt, bo telefon wciąż się gubił, był wyłączony albo rozładowany. Ale jakoś się odnajdywał, ktoś go uruchomił, podładował, chwilę podziałał, zanim znów zamilkł. Mama już go nie odbierała. Nie wiem czy nie słyszała, czy nie reagowała na dzwonek, czy może nie wiedziała co wcisnąć. Fakt, że rozmowy już nam się nie udawały. Ale wahałam się wciąż czy zabierać, czy może jeszcze zostawić. A nuż, sama nie wiem, co…

Wiele razy rozmawiałam o tym z Alanem, utwierdzaliśmy się wzajemnie w tym, że czas skończyć z tym telefonem, rozwiązać umowę, przestać płacić abonament, że nie ma sensu. Tydzień temu jechałam już z mocnym postanowieniem, że go zabiorę, ale znów nie wzięłam. Znalazłam baterię, bo leżała osobno, włączyłam, podładowałam i zostawiłam. Zadzwonię za dwa dni, sprawdzę czy odbierze – mówiłam. Łudziłam się, bo już następnego dnia, kiedy dzwoniłam włączała się sekretarka.

Dzisiejszą wizytę u mamy zaczęłam od spakowania telefonu. Jest w mojej torebce, wiozę go do domu. I rozmyślam.

Zabrałam telefon
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Przewiń do góry
Facebook