Co z mamą?

Urodzinowy sernik

Mama skończyła 70 lat. Dopiero 70 lat. Odkąd jest chora, mimowolnie porównuję ją do innych osób w podobnym wieku. I myślę, jaka mogłaby być i że nie jest taka, że to wszystko, co mogło się wydarzyć, już się nie stanie. Że to wszystko nie dla niej. Trudno się z tym pogodzić. Nie można tego zaakceptować. To się dzieje, odbywa, ja się do tego na bieżąco dostosowuję, ale nie mogę powiedzieć, że się pogodziłam. Nie myślę w ten sposób. W ogóle nie. Ja raczej wykonuję zadania, które sama przed sobą stawiam i które wynikają z codzienności. Trzeba różne sprawy załatwić – opłacić pobyt mamy, dowieźć konieczne rzeczy, dokupić pieluchy i wszystkie potrzebne środki higieniczne, zrobić zakupy, zorganizować odwiedziny, co teraz, w czasie pandemii jest ekwilibrystyką logistyczną, dosłać to, co akurat się skończyło, albo niespodziewanie jest potrzebne, dopytać personel ośrodka o stan mamy, o to, czego nie widzę, o codzienność, o której nic nie wiem. Zorganizować połączenie kamerkowe, co nie jest też takie bezproblemowe. Kontrolować wydatki i nieustannie przeliczać, na ile miesięcy jeszcze nas stać. I nie myśleć o tym, co będzie potem. Tego się nauczyłam – nie myślę, nie zamartwiam się tym, czego nie jestem w stanie do końca przewidzieć. Zwykle mam z tym kłopot, zwykle problem nierozwiązany, wisi nade mną i dręczy nieustannie, aż nie znajdę rozwiązania. W tym przypadku tak nie można, bo tu rozwiązania nie ma. No chyba, że wygramy w totolotka 😉 Jeśli stanie się tak, że rzeczywiście nie będziemy mieli pieniędzy na opiekę, to będzie dramat. Ale na razie jeszcze mamy.

Z choroby mamy i mojego poczucia bezsilności narodziła się fundacja i grupa wsparcia dla opiekunów osób z chorobami otępiennymi. To też wymaga systematyczności ode mnie, myślenia, organizowania, przewidywania. To jest część mojego obecnego życia związana z mamy chorobą.

Czasem ktoś powie: masz fajnie, bo mama w ośrodku, nie musisz się cały czas martwić. Tak, to prawda, w tym sensie codziennej organizacji dnia tak, nie muszę. Ale czy psychicznie mam więcej przestrzeni na inne sprawy? Nie wiem. Sama zadaję sobie to pytanie i nie wiem, jak jest. Jak bardzo choroba mamy wpływa na moją codzienność, pracę, na życie mojej rodziny? Pewnie o wiele bardziej niż mi się wydaje.

Bardzo chciałam, żebyśmy całą rodziną pojechali do mamy w dniu jej urodzin. Bo przecież zawsze się jeździ do bliskich na urodziny. Dla moich córek to też było jasne, że muszą pojechać. Obie bardzo się bały tego spotkania. Pandemia oddzieliła je od babci na ponad rok. Zmiany w jej wyglądzie i stanie zdrowia, jakie w tym czasie nastąpiły są koszmarne, nie do udźwignięcia. Chciałam, żeby zobaczyły babcię, ale decyzję zostawiłam im. Obie z nami pojechały, ale tylko starsza, Olga, uczestniczyła w spotkaniu, młodsza została w samochodzie. Nie zdecydowała się wyjść.

Olga płakała podczas tej wizyty, ale jednocześnie cieszyła się, że była. I powiedziała nawet, że spodziewała się, że stan babci jest gorszy, że w ogóle nie reaguje, a jednak reaguje, nawet się śmieje. To nic, że nie poznaje, że nie wie, co sie dzieje, że jest strasznie chuda, że mówi nielogicznie, do siebie, niewyraźnie i cicho.

– To jest babcia, ten jej głos, ta intonacja specyficzna, ona tak zawsze mówiła. I jest wesoła, w jej oczach nie ma cierpienia – powiedziała Olga, kiedy wracałyśmy. I to było dla niej najważniejsze spostrzeżenie. To ją uspokoiło.

Zawieźliśmy mamie na te jej okrągłe urodziny sernik upieczony według jej przepisu. To taki nasz rodzinny sernik, najlepszy na świecie. Nałożyłam każdemu kawałek na papierową tackę i jedliśmy sobie wspólnie. Mama też zjadła kawałek, oczywiście karmiona. Obserwowaliśmy ją uważnie. Myślę, że jej smakował. Artur był nawet pewien, że rozpoznała smak swojego sernika.

Może tak było, kto wie…

Urodzinowy sernik
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Przewiń do góry
Facebook