Co z mamą?

W towarzystwie

Jestem u mamy. Mama już uprzedzona o mojej wizycie przez współtowarzyszy, wygląda mnie na korytarzu. I wyciąga ręce na powitanie.

– A kto to jest? – pyta jedna z mamy koleżanek-pacjentek, wskazując na mnie.

– To jest…, to jest…, to jest moja…. – mama próbuje zebrać myśli, a ja wstrzymuję oddech, bo nie wiem, kim dziś się okażę – …. córeczka – kończy mama. Oddycham z ulgą. Bo bywałam już kuzynką, siostrą, a najczęściej jestem mamą.

– A jak ma na imię? – drąży koleżanka.

– No, jak masz na imię? – pyta mnie mama, sprytnie unikając odpowiedzi na zbyt trudne pytanie.

– Takie mi imię wymyśliłaś, że nie możesz go zapamiętać – żartuję.

***

Mama jest teraz bardzo pogodna. Żyje w swoim świecie, kompletnie odrębnym, nie rozumie o czym się mówi, zadaje pytania, których sensu nie umiem odgadnąć, nie potrafi już o siebie zadbać, jest właściwie kompletnie zależna od innych, ale jest pogodna. Nie ma w niej agresji, nie ma lęku, niepokoju, frustracji, które jeszcze niedawno ją męczyły. To taka ulga dla mnie. Wczoraj po prostu się śmiała. Pokazywałam jej zdjęcia, myślę, że widziała na nich co innego niż ja, bo czasem wybuchała śmiechem. To było cudowne. Rozśmieszała mnie.

I co kompletnie zaskakujące – mama wciąż ma koleżanki (i kolegów) na oddziale. Dbają o nią pacjenci tak, jak ona dbała o innych, kiedy sama była w lepszym stanie. To jest wielka moc takiego oddziału. Pacjenci troszczą się o siebie nawzajem, pomagają podczas posiłków, wezmą pod rękę na spacerze po korytarzu. Dla mnie to niezwykłe i bezcenne. To, co w poprzednim ośrodku zdyskwalifikowało mamę jako pacjentkę (musieliśmy ją stamtąd zabrać), tu jest powodem do większej o nią dbałości. I to wśród samych pacjentów. Bo nie mam na myśli personelu, ale pacjentów właśnie. Myślę, że to wspólnota losów, ta sama diagnoza, zrozumienie, współczucie wyzwala tę dobroć. Jedziemy na tym samym wózku, rozumiemy się, dbamy o siebie nawzajem.

Życie towarzyskie, relacje z pacjentami wciąż są bardzo ważne. Mimo że mama już ich nie rozumie, ale wciąż potrzebuje. Terapeutka, z którą wczoraj rozmawiałam, powiedziała, że zabiera mamę na swoje zajęcia.

– Uczestniczy w nich? – pytam.

– Nie, ale lubi posiedzieć z nami, widzę, że dobrze jej tam, dlatego zawsze po nią zachodzę.

Wczoraj wyjeżdżałam od mamy z poczuciem żalu, że ta duża odległość ośrodka od domu pozwala mi na przyjazdy rzadziej niż bym chciała. Chyba lubię tam być, nie tylko u mamy, ale obserwować i trochę też uczestniczyć w życiu oddziału. Fajnie jest, jak pielęgniarka, terapeutka, opiekunka chce zamienić parę słów o mamie. Myślę wtedy, że nie jest tam anonimowa, że znają ją, lubią, troszczą się. A mama? Czuje się tam u siebie.

– Przyjdziesz tu do nas? – pyta mnie czasem przez telefon. – Bo czekamy.

No ba, wiadomo, że przyjdę, odpowiadam 🙂

W towarzystwie
Subscribe
Powiadom o
guest
0 komentarzy
Inline Feedbacks
View all comments
Przewiń do góry
Facebook